|
środa, 14 listopada 2007
Kradnijmy pomysły!
Jedziemy z Agnieszką metrem. Agnieszka jest Polką od ponad dwóch lat mieszkającą w Oslo. - Sprawdzę, może będzie szybciej, jeśli przesiądziemy się na autobus - wstaje i podchodzi do drzwi. W umieszczonym koło nich stojaku na podróżnych czekają książeczki z rozkładem jazdy. Dziewczyna przez chwilę studiuje tabelki i mapki. - Nie. Na autobus musiałybyśmy czekać 12 minut. Wysiądziemy z metra na Majorstuen i pójdziemy pieszo - Agnieszka znów wstaje i odkłada rozkład do stojaka. - Nie bierzesz? - Nie. Po co? Jeden już mam w domu, też aktualny. Tylko dziś zapomniałam go ze sobą zabrać - tłumaczy Agnieszka. Innego dnia znów jadę metrem. Dojeżdżam do ostatniej stacji. Widzę, jak motorniczy robi obchód pociągu, sprawdza, czy w stojakach nadal leżą rozkłady. Jeśli się skończyły - z przewieszonej przez ramię torby dokłada nowe. Jeden rozkład wzięłam do pensjonatu. Służył mi przez cały pobyt z Oslo. Korzystałam też z wypożyczalni rowerów. W każdej chwili można wziąć rower z jednego z kilkudziesięciu stojaków i wybrać się na przejażdżkę. Wystarczy być posiadaczem karty kosztującej tyle co piwo w centrum miasta. System odnotowuje, kto zabrał rower, skąd i czy go oddał. Spodobały mi się kolorowe pledy w kawiarnianych ogródkach. Każdy, kto lubi siedzieć na dworze, może się owinąć się kocem, usiąść pod grzejącą lampą i w środku szarej jesieni poczuć się prawie jak wiosną. Chętnie zobaczyłabym takie lampy i takie koce w Poznaniu. Na internetowym forum „Gazety" znalazłam wypowiedź Szweda, który twierdził, że rowery do wynajęcia zostałyby w Poznaniu rozkradzione w 10 minut. Czy rzeczywiście Polacy to złodzieje? A może skuteczniej kradniemy pomysły? Poznaniacy, często jeździcie za granicę. Na pewno podpatrzyliście w waszych miastach różne rozwiązania, które warto by było przenieść do naszego miasta. Kradnijmy pomysły!
niedziela, 11 listopada 2007
Oslo - konflikt - odwaga
W Oslo działa 15 rad do spraw rozwiązywania konfliktów. Dorośli pomagają nastolatkom wychodzić ze sporów, łagodzą nieporozumienia, z którymi młodzi ludzie nie daliby sobie rady. Wiele kłótni ma podłoże etniczne. Bo na obcym najłatwiej wyładować frustrację. Łatwiej uznać, że jest inny i gorszy. Jak to działa? Zaprasza się skłócone dzieciaki, ich rodziców, nauczycieli w jedno miejsce. Sadza w kręgu, tak aby wszyscy widzieli swoje twarze. I pozwala mówić. Zaangażowanie bezstronnych dorosłych pomaga. Przykład opisuję w poniedziałkowej "Gazecie". http://www.gazetawyborcza.pl/1,86284,4663512.html Okazuje się, że czasem, by powstrzymać agresję wystarczy dać młodym ludziom możliwość wygadania się. Nawet jeżeli wylewając swe żale użyją kilku niecenzuralnych słów - ważne by mogli mówić. Bo to podstawa porozumienia. Jaka jest recepta na sukces rad? Tworzący je ludzie z Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca wiedzą, że nikt nie lubi tkwić w konflikcie. Podczas wojny obie strony się boją. Mediatorzy pomagają odzyskać poczucie bezpieczeństwa. Organizując rady do spraw konfliktów Norwegowie przyznają: tak, jest problem. Czy to znaczy, że sytuacja w Oslo jest poważna - trudniejsza niż gdzie indziej na świecie? Że żyjące tam nastolatki są bardziej agresywne? A konflikt między narodowościami bardziej nabrzmiały? A może to znaczy, że poważnie podchodzi się do spraw, które w innych miejscach na świecie zostałyby zamiecione pod dywan? Jak jest u nas? Przyznam, nie słyszałam, żeby w Poznaniu ktoś wyszedł z podobną inicjatywą jak w Oslo. By ktoś próbował wyłapywać i rozwiązywać spory między dzieciakami. Może u nas nastolatki się nie różnią? Nie kłócą się? Nie biją? A może po prostu wolimy o tym nie wiedzieć?
wtorek, 30 października 2007
Cudem przeżyłam
Od niedzieli jestem w Poznaniu. Bloga nie zamykam, bo musze tu jeszcze wrzucić kilka fot.
Fajnie się patrzy na własne miasto po powrocie z zagranicznego wojażu.
W poniedziałek wybrałam się do urzędu złożyć wniosek o wydanie dowodu osobistego. Przyszłam nieco przed godziną, na którą wcześniej umówiłam się przez internet. Zapłaciłam za dowód w okienku, pobrałam numerek. Przyjęta zostałam dokładnie o umówionej godzinie. Cała operacja zajęła mi 20 minut.
W urzędzie było super. Ale w drodze do niego prawie pożegnałam się z życiem. Przyzwyczajona, że samochody zatrzymują się przed przejściem dla pieszych, przez centrum wędrowałam swobodnie. Ocknęłam się, gdy jeden samochód zahamował z piskiem opon pół metra przed moją nogą. To było przejście bez sygnalizacji, więc teoretycznie miałam pierwszeństwo.
Na kolejnym przejściu spotkałam policjantów. Patrol legitymował faceta, który chwilę wcześniej przeszedł przez jezdnię na czerwonym świetle.
Wniosek: Poznań to nie jest miasto dla pieszych.
Wniosek dla mnie: czas zrobić prawo jazdy i śmigać przez pasy bez przeszkód.
Tylko hm... rejestracja samochodu podobno trwa znacznie dłużej niż wydanie dowodu osobistego...
sobota, 27 października 2007
"Shut the *** up!" w muzeum
Oto co zobaczyłam w muzeum dizajnu, a dokładniej w muzealnym sklepiku.
Takie śpiochy można kupić za 300 koron. Na szczęście w muzeach w Oslo nikt nie każe się dzieciom ani nikomu innemu zamykać.
piątek, 26 października 2007
W Poznaniu wszystko jest stare
Ech, stęskniłam się za Poznaniem. Na szczęście dziś spotkałam człowieka, który w Poznaniu był dni parę. Norweskiego studenta od dwóch lat mieszkającego w Oslo. To sobie trochę powspominaliśmy. Studentowi najbardziej podobał się w pzn Stary Marych i Stary Browar. Nie mógł sobie jednak przypomnieć nazwy klubu, który mu się spodobał. - Close to the Stary Rynek square. Probably it was also Stary Something, like everything in Poznań - zgadywał.
czwartek, 25 października 2007
Opiekunka do piwa potrzebna od zaraz!
Środowy wieczór, norweski pub. To miejsce dla prawdziwych facetów, a nie dla koronek i ramek z obrazkami. Wystrój prosty: łatwe do przestawiania stoliki, zwykłe krzesła, kilka stołków przy barze i kanapy dla tych, którzy zdążą przyjść odpowiednio wcześnie. Większość gości dotarła tu wprost z pracy, niektórzy nie zdążyli zdjąć roboczych ciuchów. Popijając piwo obserwują, czy wynik meczu Rosenborg Trondheim z Walencją zgadza się z tym, co obstawili w zakładach bukmacherskich. Jeśli odbiega od wymarzonego, zdenerwowani wychodzą przed pub na papierosa. – Czy moglibyście popilnować mojego piwa? – proszą uprzednio sąsiadów. Tak się akurat składa, że opiekunką do piwa zwykle zostaje Agnieszka, krakowianka pracująca w Oslo jako opiekunka do dzieci. – O co chodzi z tym pilnowaniem? – pytam, gdy Agnieszka wpatruje się jak zahipnotyzowana w cudzy kufel (trzeci, czy czwarty podopieczny tego wieczora). – Przed rozlaniem pilnujesz? Przed muchą nieobecną? – pytam. Agnieszka: - Przed barmanką – wyjaśnia nie odwracając wzroku. I oto nadchodzi barmanka. Agnieszka nie rzuca się na nią w obronie piwa. Ba, kobieta zbierająca kufle nie jest wcale zainteresowania nie dopitym trunkiem. W Oslo żyje się wygodnie, bo ludzie sobie nawzajem ufają. Można wypożyczyć miejski rower, bo miasto ufa mieszkańcom, że ci nie ukradną, ani nie zniszczą pojazdów. Czekanie na chodniku przed przejściem przez jezdnię to zjawisko niemal niespotykane. Pieszy ufa kierowcy, że ten – zgodnie z przepisami – zatrzyma się przed pasami. W szkole uczniowie nie muszą siedzieć w ławkach. Mogą leżeć na pufach, wyjść do kafeterii po butelkę wody. Nauczyciele ufają uczniom, że ci - mimo swobody - będą się uczyć. W tym mieście nie ufa się tylko barmanom. Fajne miasto.
Policja kontra skłot
Weszłam tam przez nikogo nie niepokojona. Obejrzałam krytą rampę do jazdy na desce, posłuchałam próby zespołu metalowego ("Oni tu wszyscy słuchają metalu" - twierdzi krakowianka Agnieszka z Oslo), dopiero przy wyjściu spotkałam dwoje młodych ludzi...
(młodych ludzi nie ma na zdjęciu ze względu na ciemność, która ich otaczała) Młodzi ludzie wyjaśnili, że to wolna zona i że mogę sobie chodzić i robić złe zdjęcia do woli. - Jedynie policji nie wpuszczamy - uprzedzili, dodając kilka niepochlebnych wyrażeń odnośnie służb mundurowych. Następnego dnia rozmawiałam z policjantem o skłocie. - To wolna zona! - podkreślił policjant, łącząc słowa uznania pod adresem skłotu. - Nie mamy z nimi najmniejszego kłopotu, to spokojne miejsce - dodał.
Pod Osloną nocy
To jest relacja z nocnego spaceru po mieście Po jednej, po dwie, prawie na każdym rogu Karl Johans gate. Ciemnowłose, czarnookie, ubrane w skórzane szorty, milczące i nieruchome, jak kartonowe stendy z reklamą frytek. Jedne z nielicznych żywych osób jakie minęłam wracając nocą do domu. Tego spaceru nie zaplanowałam. Zdałam się na własne nogi, gdy okazało się, że nocne autobusy poza weekendem w Oslo nie kursują. Do przejścia miałam trasę podobną do drogi ze Starego Rynku do Ogrodów. Wędrowałam główną ulicą miasta, minęłam zamek i park, dotarłam do dzielnicy pełnej XIX-wiecznych kamienic, przypominającej nieco Jeżyce. Sprawdziłam, czy król jest w domu. Był: norweska flaga powiewała na maszcie. Zachwyciły mnie nie zamiecione liście w parku, jak żółty dywan. W Poznaniu się chyba zamiata, prawda? A szkoda... Zatrzymałam się przy wystawie biura nieruchomości, studiowałam historię architektury. Przy każdym ogłoszeniu oprócz zdjęcia jest data powstania budynku. Minął mnie tylko jeden policyjny patrol. Spotkałam tylko jednego człowieka, którego mogłam zapytać o drogę. Nieliczni, nie uśpieni mieszkańcy, słysząc rozmowę dwojga osób, ciekawie wyglądali zza firanek. Samochody na ulicach mogłam policzyć na palcach obu rąk. Nocne Oslo przypomina scenografię do filmu. Tak spokojne, że nie mógłby to być film grozy. A może to tylko złudzenie...
Dzień bajkowy
Jeżdziłam jak pirat, po chodnikach, pod prąd. W Oslo na rogatkach płaci się myto, dlatego samochodów na ulicach jest mniej.
A oto moja relacja: Blondynka w informacji turystycznej popija kawę z papierowego kubka. – To niemożliwe – mówi w tonie „Misiowego” „jem przecież”. Jak to: niemożliwe? Tyle przeszłam, żeby tutaj dotrzeć, by teraz dowiedzieć się, że wypożyczenie roweru na tydzień jest niemożliwe? Nie jestem wyczynowcem, nie mam kolarek, kolarzówek, ani żadnej innej rzeczy zaczynającej się od „kolar...”. Latem jeżdżę rowerem do pracy, do sklepu i to wszystko. Narzekam na poznańskie ścieżki rowerowe, ale nie daję im się pokonać. Teraz sprawdzę, czy w Oslo jeździ się lepiej. W tym mieście dla kolarzy wymyślono system, za sprawą którego jazda przez miasto staje się jak gra komputerowa. Liczy się szybkość, zręczność i spostrzegawczość. Mam cztery zadania i cztery życia. Game start. Zadanie pierwsze: zdobyć magiczną kartę Pierwsze wyzwanie dla zamorskiego kolarza, to znalezienie informacji turystycznej. Tutaj kupuje się karty czipowe umożliwiające korzystanie z miejskich rowerów . Wiedza o tym, że informacja znajduje się „koło dworca” nie wystarcza. Choć informacja jest oznaczona dobrze, w licznych dworcowych halach brakuje strzałek prowadzących do niej. Chodzę więc wokół dworca przez dobre pół godziny... Jeszcze nie wsiadłam na rower, a już okazało się, że ze spostrzegawczością u mnie marnie. Tracę pierwsze życie. Wreszcie jest! Biorę numerek i staję w kolejce. Mieszkaniec Oslo może kupić kartę na rok. Ja, jako turystka, mogę jeździć rowerami cały tydzień, pod warunkiem, że codziennie nabędę nową. Za 70 koron, czyli ok. 35 zł. Jest to nie tyle kosztowne, co dość hmm... upierdliwe. Bo ile można chodzić wokół dworca? Zadanie drugie: przebyć wybraną trasę Kartę wkładam do urządzenia przy stojaku z miejskimi rowerami i jeden z rowerów odblokowuje się. Mogę go zabrać. Podobnych punktów jest w mieście 86, większość w centrum. Jednym rowerem wolno podróżować przez trzy godziny. Potem należy go odstawić na dowolny stojak. Ale zaraz można brać nowy rower. Po pierwszym rozczarowaniu wkrótce znajduję pocieszenie. Wybuch śmiechu wywołuje u mnie sam rower. Ciekawe kto był wzorcem kolarza? Chyba sam wzorzec metra (ten z Sevres) we własnej osobie. Mam wrażenie, że gdy siądę na siodełku, powybijam sobie zęby kolanami. Siadam jednak i jadę. Najpierw chcę zobaczyć historyczną część miasta, Christianię. Stamtąd pojadę ku nowszym dzielnicom, poprzez Karl Johans Gate, do zbudowanego w pierwszej połowie XIX w. pałacu królewskiego. Pod koniec odwiedzę pełen rzeźb park Vigelanda, stworzony w latach 50. Ponieważ dworzec otaczają dość ruchliwe trasy, jadę chodnikiem. Pieszych nie widać, gdzieś się pochowali. Świat nie widział rowerzysty, który tak często jak ja zaglądałby do mapy. Drogi w okolicy są mocno poplątane. Podróż umila mi ryk silników. Wyziewy mijających mnie Scanii wywołują lekkie odurzenie. Pedałuję żwawo... O nie, ja nie chcę do Szwecji! Zawracam zagubiona. Znów zawiodła spostrzegawczość, straciłam mnóstwo czasu. Tracę drugie życie. Zadanie trzecie: ocalić życie przechodniów Na Karl Johans Gate uświadamiam sobie, gdzie zgromadzili się wszyscy mieszkańcy Oslo. Są właśnie tutaj: ze swoimi dziećmi, psami i wypchanymi wszelkim towarem torbami. To sobota, dzień zakupów. Gdyby nie przyjazna siedzeniu nawierzchnia, ulica ta w niczym nie różniłaby się od Półwiejskiej. Przyjmuję tę samą strategię, co na swojskim Deptaku. Staram się nie dostrzegać ludzi, a jedynie luki między nimi i precyzyjnie w nie trafiać. Czuję się jak klocek z tetrisa. Pod sam pałac dojeżdżam już ulicą. Ta jednak też jest pełna pieszych. Kiedy na wprost mnie wyrusza pchająca wózek młoda matka, wysiadam psychicznie i fizycznie. Na szczyt wzgórza wprowadzam rower pieszo. Tracę trzecie życie. Po godzinnej, trudnej przeprawie przez centrum, robię sobie przerwę na drugie śniadanie: tabletki od bólu głowy popijam pomarańczowym sokiem. Zadanie czwarte: zdążyć na czas Po kilku chwilach pedałowania docieram do parku. Szaleję jak dzieciak, a mój malutki rowerek ułatwia mi wczucie się w rolę. Rozganiam kołami nie zamiecione jesienne liście, przyglądam się jak odpoczywający w parku ludzie grają w piłkę, oglądam rzeźby Vigelanda. Jest fantastycznie. Aż nie ma o czym pisać. Nastrój psuje mi jedynie obowiązek wymiany roweru w ciągu trzech godzin. Z ksero mapki wręczonej mi w informacji turystycznej trudno odgadnąć, w którym miejscu znajduje się najbliższy stojak. Mapka jest anonimowa, bez nazw ulic. Mam jeszcze godzinę na poszukiwania, ale licznik tyka. Chwilę przed wybiciem trzeciej godziny, montuję rower w stojaku. Tataratata! Wygrałam! W nagrodę otrzymuję nowy, lepszy rower: z siodełkiem idealnie dopasowanym do mojego wzrostu. Nazajutrz muszę zwrócić kartę. Pewnie wezmę nową. Szkoda tylko, że nie mogę pojechać miejskim rowerem na przedmieścia, tam gdzie jest więcej ścieżek rowerowych. Niestety, stojaków tam brak.
Listonosz śpiewa o owieczce
Ech, internet się skrzaczył i nie mogłam pisać. Bez bloga czułam się, jakby mnie wcale nie było. A przecież byłam. I w urzędzie pracy i na lekcji religii. I na skuocie, którego mieszkańcy mają w dupie policję, a nawet jeszcze bardziej. I na policji byłam też. Poszłam do przedszkola, w którym spotkałam listonosza śpiewającego piosenkę o owieczce. Ej, przedszkola to jest jakaś kompletna jazda tutaj (nie nawiązuję do mojego pierwszego wpisu z pobytu w Oslo). Oni wszystko co żywe chcą upchnąć do przedszkoli. Trafiają do nich już dzieci jednoroczne. To mnie jeszcze nie zdziwiło... Większe zaskoczenie wywołało przedszkole dla psów. Ale przedszkole, w którym listonosz może sobie pośpiewać o owieczce i o innych stworkach? Do teraz nie mogę uwierzyć, że to naprawdę widziałam! A najważniejsze: spotkałam tutaj wspaniałych ludzi. To dzięki nim nie gubię sie w tym mieście, trafiam w miejsca, których nie ma w przewodnikach i (co najważniejsze) jem co innego niż hotdogi. (Ej, Wy tam, co się tak patrzycie na tę ścianę? To też o Was mowa!). Obserwacja dnia: barmani są grupą zawodową, która w Oslo obdarzana jest najniższym zaufaniem społecznym. Ale o tym napiszę następnym razem. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||